poniedziałek, 5 marca 2012

Ach Anonim Anonim nie mogłam nie odpowiedzieć. To tak od początku wspominanie o swoim chłopaku mężu, konkubencie okej ale nie cały czas i w każdym możliwym kontekście w każdym zdaniu non k**wa stop jak powiedział klasyk. Co do mojej kobiecości wiele rzeczy piszę z przekąsem i ironią więc spoko nie zamienię cycków na co innego w najbliższym tysiącleciu, po prostu czasem nie rozumiem niektórych zachwowań kobiet z mojego otoczenia. Po trzecie co do małżeństwa, nie bojkotuję go jako instytucji i same zaręczyny też uznaję za naturalną kolej rzeczy jeśli jesteśmy razem tak serio, serio, ale to powinna być dojrzała decyzja a nie tak jak często w naszej a przynajmniej mojej bo nie pytam o Pana o lata, grupie wiekowej KUP MI PIERŚCIONEK BO TAK BO JA CHCE, bo to będzie takie pro i będę się miała czym pochwalić przed znajomymi.
No to jak już tu jestem to macie na dobranoc moje wypociny. podobno dobre...nie wiem nie znam się.

Winstona obudziło pukanie do drzwi. Nie był pewien, która godzina ale wiedział, że nikt o nienagannych manierach nie mógłby przyjść tak późno, albo wcześnie. Czas nadranny był bowiem według Winstona względny. Piąta mogła być rankiem dla robotnika, porzucającego pielesze na rzecz pieca martenowskiego, lub też początkiem nocy dla artysty, który kolejny raz zgubił twarz w jednym z przydrożnych barów, raczej średniej jakości, w centrum jakiegoś bliżej nieokreślonego miasta.
Jednego mógł być pewien- czasy aresztowań skończyły się raz na zawsze, wraz z objęciem władzy przez nową klasę panów- oligarchów z wielkimi brzuchami, w melonikach i z cygarem zatkniętym w pożółkłych zębach. Byli zbyt zajęci wydzieraniem wdowom ostatnich groszy, by podpisywać wyroki śmierci. Z perspektywy obywateli był to proceder raczej wygodny, z perspektywy wdów już nie, lecz nie protestowały. Wdowi grosz nie był w końcu najnowszym wymysłem rozpasanego kapitalizmu.
Gość zdawał się nie ustępować. Wstał więc i z wolna szur, szur, szur  poczłapał do drzwi. To tu to tam po ścianach i meblach przemykał niepostrzeżenie jego jedyny nieodłączny towarzysz- cień. 
W drzwiach spotkał wysokiego, smukłego jegomościa w kraciastej marynarce, kropla w kroplę podobnej do tej, w której Winston zwykle wychodził do swojej kancelarii. Idąc do drzwi stworzył w myślach całkiem zgrabną tyradę, na temat dobrego wychowania, ciszy nocnej i jego prywatnego spokoju, który nieznajomy zakłócał, lecz kiedy stanął z nim twarzą w twarz nie starczyło mu odwagi na jej wygłoszenie. Z resztą często brakowało odwagi na cokolwiek, przez co życie podstarzałego, szpakowatego tu i tam księgowego tkwiło po uszy w stagnacji i monotonii.
-         Słucham pana? –zaczął zachrypłym głosem. – czym mogę służyć?
-         To ja przyszedłem panu pomóc Winstonie Brown.
-         Pomóc, mnie, w czym do diabła chcesz mi pomóc człowieku?
-         Niech się pan nie unosi. Przyszedłem sprzedać panu dywan.
-         Dywan? Chce mi pan sprzedawać dywan o tej godzinie? Nie mogło to zaczekać do rana, kiedy niewyrwany ze snu mógłbym powiedzieć, że nie potrzebuję dywanu?
-         Zauważyłem, że nie jest panu potrzebny, więc pozwolę sobie wejść w zupełnie innej sprawie. – to mówiąc nieznajomy minął osłupiałego gospodarza, jakby nigdy nic zdjął buty, rozłożył przemoknięty, wielki, czarny parasol. Gdyby Winston mógł widzieć się z perspektywy osoby trzeciej mógłby zauważyć, że zachowanie gościa do złudzenia przypominało jego codzienne rytuały.
-         Czy zapraszałem pana do środka?! – na gardle bohatera zaciskała się niewidzialna pętla, właściwa człowiekowi przerażonemu, który z jednej strony zdaje sobie sprawę z absurdalności sytuacji w jakiej się znajduje, a z drugiej nie jest w stanie nic na to poradzić. Zimny pot oblał mu skronie, serce zaczynało bić coraz mocniej i szybciej. Po chwili zdawało się już pulsować tuż pod czaszką, nieopodal ucha.
-         Gości takich jak ja nie trzyma się w progu. – odparł gość z tajemniczym uśmiechem, po czym nie czekając na zaproszenie gospodarza, rozsiadł się wygodnie w ulubionym fotelu Winstona, zapalił papierosa i nalał sobie szklaneczkę szkockiej. Żółtawe, przygaszone światło przytłumione dodatkowo gęstym obłokiem dymu ukazało twarz gościa. W fotelu siedział on sam. Winston Brown, we własnej osobie. Mało nie zemdlał z wrażenia widząc, kto przyszedł do jego mieszkania pewnej mokrej listopadowej nocy. Czyżby zwariował? Świat zawirował mu przed oczami, serce biło szybciej, szybciej, szybciej aż do bólu. Wzburzona krew uderzała z impetem o falochron żył i tętnic. Gardło zaciśnięte, zdawało się być suche jak wiór spod hebla. Poczucie zimna i gorąca ogarniały go naprzemiennie. Z letargu wyrwało go pytanie gościa.
-Porozmawiamy?  - wbił wyczekująco wzrok w przerażonego, zdezorientowanego mężczyznę. 
-         O czym chcesz ze mną rozmawiać? Odejdź! Zostaw mnie! Kim jesteś?! – krzyczał przerażony.
-         O życiu panie Brown...i o śmierci....- odparł niewzruszony krzykami gospodarza.
-         Wolałbym o życiu...
-         Dobrze, niech będzie o życiu. Spójrz więc na siebie. Co widzisz? Czy wciąż jesteś człowiekiem,  którym byłeś trzydzieści lat temu? Przepuszczasz życie między palcami. Nieświadomie przepływają bezpowrotnie kolejne minuty tik, tak, tik, tak, zegar życia bije a Ty nie robisz nic.
-         Przecież ja pracuję....ja....ja chodzę do Kościoła i podatki nawet płacę. – zaczynało brakować mu słów. Nie wiedział co się dzieje, ale miał wrażenie, że znalazł się na granicy szaleństwa, tymczasem niewzruszony gość ciągnął dalej spokojnym tonem.
-         Kiedyś chciałeś zmieniać świat, miałeś plany, ambicje, marzenia, miłość, przyjaźń...gdzie to się teraz podziało? Przyjaciele odeszli, ukochana wyszła za innego, nawet planów już nie masz. Stałeś się trybikiem w machinie kapitalizmu, którego w gruncie rzeczy nienawidzisz. Jesteś tylko pionkiem w grze. Nie wieżą, nie królem ani nawet skoczkiem. Jesteś nic nieznaczącym pionkiem.
-         Cóż mam na to poradzić?! I kim u diabła jesteś człowieku, że mówisz mi to wszystko?
-         Jestem Tobą Winstonie Brown. Jestem tym, którego uwięziłeś pod powłoką zgorzkniałego sługusa i biurokraty lata temu ze strachu przed życiem, szczęściem, ryzykiem, żeby tylko było wygodnie, żeby nikomu się nie narazić. Nie pamiętasz już swoich marzeń dwudziestoletnich, snów o potędze?
-         Jakże to możliwe? Ktoś płata mi niewybredne żarty.
-         To nie żarty Winstonie, to życie. Pamiętaj, ścieżką życia idziemy tylko raz. Nic do nas nie wraca, ani my nie wracamy nigdzie gdzie już byliśmy. Dlatego trzeba żyć każdą chwilą. Dlatego zacznij żyć...póki możesz. Rób to, co sprawia Ci radość, baw się, wyjdź ze skorupy stary żółwiu! Potraktuj nasze spotkanie jako ostatnie ostrzeżenie i wracaj do łóżka. – stary zegar na ścianie mieszkania Winstona zaczął od niechcenia wybijać szóstą. Mężczyzna z wolna otworzył oczy. Bał się co zastanie. O dziwo mieszkanie było puste. Nikt nie siedział na fotelu, nie palił papierosa. Był tylko on, cisza i kolejny listopadowy dzień. Wstał, ubrał się szybko i pobiegł na tramwaj. Pojechał do kancelarii, na drzwiach wywiesił kartkę głoszącą, „W DNIU DZISIEJSZYM KANCELARIA NIECZYNNA” po czym wolnym krokiem udał się w stronę Bulwaru Wschodniego, gdzie najpiękniej było o świcie, właśnie takim jak teraz. Nie wiedział ile i czy cokolwiek zdoła zmienić, wiedział jednak że musi próbować znaleźć szczęśliwą przystań. O spotkaniu ze sobą nikomu nigdy nie powiedział.

1 komentarz:

  1. Domyśliłem się, że płci nie zmienisz. Zresztą może to nieważne.

    To krótkie opowiadanie podoba mi się, daje do myślenia. Teraz czujesz się jak Pan Winston przed spotkaniem siebie czy po? czy może w ogóle o tym nie myślisz, bo Twoje życie jest ok?

    OdpowiedzUsuń